poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział osiemnasty.

Mieszkanie w centrum Wrocławia | godzina 18.00
Po mieszkaniu rozniosło się echo przekręcanego w drzwiach klucza, co oznaczało, że mój ojciec, a raczej Grzegorz, wrócił już do domu. Leżałam na kanapie w salonie, przeglądając wszystkie dostępne kanały w telewizji, zaś Anna krzątała się po kuchni, przygotowując kolację. Obserwatorzy siedzący teraz w domu mieliby czelność pomyśleć, że jest tak jak w rodzinnie być powinno: kochająca mama gotuje posiłek mężowi, który wrócił z pracy oraz córce, którą kochają nad życie, i która przy posiłku będzie rozmawiać z nim jak z najlepszymi przyjaciółmi. Żywiłam do nich wielki uraz i żal, i odkąd pojawiłam się w domu, traktowałam ich raczej chłodno. Pomimo rozmowy z Agnieszką jakoś nie mogłam znaleźć w sobie sił do porozmawiania z nimi, a przecież poniekąd dlatego wróciłam wcześniej niż ustawa przewidywała. 
- Melka, nakryjesz do stołu? - mama wystawiła głowę zza drzwi, a jej błagalny ton wzroku sprawił, że skinęłam głową i ruszyłam swój tyłek w poszukiwaniu serwetek i sztućców. Wszedłszy do kuchni natknęłam się na dziwnie uśmiechniętą twarz Grzegorza, lecz olałam to i skupiłam się na zadaniu, czyli sięgnęłam na półkę po serwetnik i wyjęłam z szuflady odpowiednią ilość noży i widelców.
Pięć minut później siedzieliśmy przy stole i jedliśmy rodzinną kolację. Trochę dziwnie czułam się w ich towarzystwie, gdy po głowie błądziły mi myśli, że to nie moi prawdziwi rodzice. U nas nigdy nie było szczęśliwie i perfekcyjnie, ale tak niezręcznej atmosfery jeszcze nie było. Zazwyczaj przy stole odbywały się pouczające gadki, ganienie za moje zachowanie oraz wytykanie błędów, albo to ja obwiniałam ich za całe zło na świecie. 
Chrząknięcie Anny sprowadziło mnie spowrotem na ziemię i wtedy ogarnęłam, że zamiast dłubać widelcem w talerzu robię to na obrusie. Całe szczęście, że nic nie zabrudziłam, bo już byłby powód do kłótni. 
- U cioci i wujka jest o wiele przyjemniej podczas jedzenia. - wypowiedziałam te słowa bez żadnej kontroli. Miałam chęć wbić sobie tego widelca w łeb! Grzegorz odłożył sztućce na bok, natomiast Anna otarła usta serwetką i na mnie spojrzała. 
- Amelia.. - zaczęła niepewnie.
- Chyba powinniśmy w końcu o tym porozmawiać. - wtrącił się jej mąż. 
- No chyba powinniśmy. - oparłam się o krzesło i czekałam na rozwój wydarzeń. Stwierdziłam, że nie będę się odzywać. Niech sami się rozgadają, a może dowiem się jeszcze kilku nowych faktów. 
- Janina i Krzysiek już ci mówili o wypadku, prawda? - skinęłam głową. - My naprawdę chcieliśmy mieć dziecko..  Nawet nie wyobrażasz sobie naszego szczęścia, gdy Janka z Krzyśkiem zaproponowali nam adopcję.. 
- Zrozum, że nikt nie chciał cię skrzywdzić. - tym razem głos zabrał mój dotychczasowy ojciec. - Oni chcieli dla ciebie dobrze, a my mogliśmy zaoferować ci wszystko co najlepsze. Miałaś dom, udane dzieciństwo, naszą miłość, opiekę, miałaś to wszystko, czego oni nie byliby w stanie dać wam wszystkim..
- Mieliście zamiar kiedykolwiek mi o tym powiedzieć? - zapytałam. 
- Chciałam to zrobić tuż po twoich dwunastych urodzinach, ale Grzegorz stwierdził, że zrobimy to jak będziesz już dorosła, żeby ci nie mieszać jak na rozum małej dziewczynki. 
- Będąc w Zakopanem postanowiliśmy, że w końcu nadszedł czas na powiedzenie ci całej prawdy, ale... nagle stchórzyliśmy i chcieliśmy wyjechać, tylko że Janka z Krzyśkiem nie chcieli tego przeciągać.. Oni spędzali z tobą każde wakacje, ferie, niekiedy weekendy.. Oni chcieli żebyś wiedziała czyim jesteś dzieckiem, żebyś na nich też przelała trochę tej rodzicielskiej miłości.. 
- Amelko, musisz... - Anna przerwała wypowiedź, zamykając powieki, spod których chciały uwolnić się łzy. Szczerze mówiąc sama miałam ochotę rozpłakać się jak małe dziecko. Najgorsze było to, że mając rodziców adopcyjnych i prawdziwych, czułam się cholernie samotna. Czułam, że nie mam nikogo, że zostałam sama z tym wszystkim.. - Co dalej będzie to już twoja decyzja, ale.. Pomimo tego, że nie zawsze byliśmy dobrzy dla ciebie, że poniekąd byliśmy winni temu, że odsunęłaś się od nas i znalazłaś wsparcie u dziwnych osób, że przez ściany tego domu przewinęło się tyle kłótni.. To my cię zawsze kochaliśmy. - powiedziała cicho. - Nigdy nie pomyśleliśmy o tobie jako problemie, bo dwadzieścia lat temu biorąc cię na ręce doszło do nas, że jesteś naszą ukochaną córeczką i nigdy to się nie zmieni. - dodała, zakrywając twarz w dłonie, po czym w przepełnionym ciszą salonie dało się słyszeć cichy szloch. 
- Możesz nas nienawidzić za wszystko, ale chcemy tylko, żebyś zrozumiała, że kochamy cię całym sercem. - odezwał się milczący do tej pory Grzegorz.
I wtedy coś we mnie pękło. Cała nieczuła na świat osłonka zniknęła, a atmosfera i przygnębione twarze rodziców doprowadziły do tego, że na moich policzkach pojawiły się łzy. Dotychczas uważałam ich za kłamców, a w sercu czułam do nich głęboki żal, ale teraz.. 
- Nie mam prawa was nienawidzić za to co dla mnie zrobiliście przez tyle lat. - odezwałam się. - Nie było lekko, nie zawsze bywało różowo, ale za każdym razem gdy mnie opieprzaliście, okazywaliście mi miłość.. Od małego daliście mi wszystko, widzieliście jak stawiałam pierwsze kroki, jak wychodził mi głupi ząb, czy.. - w tym momencie przerwałam ze względu na cisnące się kolejne strumienie łez. -... czy wtedy, jak mając sześć lat zachciało mi się golić i poharatałam sobie całą twarz . - zaśmiałam się, a to samo uczynili oni. - Byliście zawsze i...
- Melka...
- Nie przerywaj mi. - zwróciłam uwagę Annie, która powiedziała ciche przepraszam. - Spłodził mnie Krzysiek, urodziła Janka, ale to wy byliście, jesteście i będzie... Dlatego powinnam wam dziękować, a nie obrażać się jak mała dziewczynka. - powiedziałam. - I jeszcze jedno; kocham was najmocniej na świecie. - popatrzyłam na nich i ich zatroskane twarze. Zapłakana Anna spojrzała na Grzegorza, któremu też zaczęły się świecić oczy, a następnie delikatnie się uśmiechnęła. To był ten moment, w którym do nich podeszłam, przytuliłam i wyszeptałam ciche dziękuję za wszystko...
Centralny Ośrodek Sportu | Cetniewo | godzina 20.20
  - Macie ponad dwadzieścia lat, a zachowujecie się jak zwykli gamonie! - krzyczał trener Kruczek. - Czy ty wiesz, że on teraz powinien na ciebie złożyć doniesienie za pobicie?! - wydarł się na siedzącego Maćka, którego opatrywał doktor Winiarski, w międzyczasie wskazując na mnie. Nie miałem nawet siły na wtrącanie się w jego monolog, bo dopiero co odzyskałem świadomość tego co się dzieje i nie chciałem zginąć pod jego wściekłym spojrzeniem. - Mogłeś złamać mu kręgosłup! - dodał. To był fakt. Nie spodziewałem się, że Maciek tak szybko wyrwie się chłopakom i mnie dogoni. Po kopnięciu w plecy upadłem i wtedy zaczął urywać mi się film. Pamiętałem jeszcze jak zaczął okładać mnie pięściami, a potem głos któregoś z chłopaków i odpłynąłem. 
- Założę ci pas usztywniający, bo nieciekawie to wygląda, ale masz o tyle szczęścia, że nie doszło do uszkodzenia żadnego z kręgów. - odezwał się fizjoterapeuta naszej kadry B. - No i na kilkanaście dni masz zapomnieć o treningach. 
- Mhm. - mruknąłem. 
- Frajer. - syknął Maciek, któremu doktor zakładał szew nad brwią, którą zdążyłem rozwalić mu jeszcze podczas okładania się w hali. 
- Nie ciesz się, bo za ten wybryk nie startujesz w pierwszym konkursie LGP. - rzekł Kruczek ze stoickim spokojem. Człowiek, który miał nagłe zmiany humoru, jak kobieta w bliźniaczej ciąży. 
- Co?! - oburzył się. - Przecież to on zaczął! 
- Jeszcze słowo, a gwarantuje, że w drugim konkursie też się nie pojawisz. - powiedział na odchodne, po czym opuścił salę w towarzystwie swojego asystenta i trenerów naszej kadry. Dobrze, że był z nami Winiarski, Gębala i Kwiatkowski, bo po spojrzeniu Maćka wiedziałem, że runda się jeszcze nie skończyła i przy najbliższej okazji wrócimy do ringu. Po niecałym kwadransie, wraz z pomocą Gębali i Kwiatkowskiego, doszedłem do pokoju, który dzieliłem ze Stefanem Hulą i od razu położyłem się na zaścielone łóżko. Stefan w tym czasie siedział pod prysznicem i nie domyśliłem się tego po lecącej wodzie, a po jego wrzaskach, które oznaczały cover najnowszej piosenki zespołu Boys. 
Przymknąłem powieki, zatkałem uszy słuchawkami i miałem zamiar udać się na krótką drzemkę, lecz w momencie, gdy byłem po drugiej stronie, mój telefon zaczął wibrować. 
- Znowu nieznany? - zapytałem sam siebie, patrząc na ekran. Odpiąłem słuchawki od urządzenia, po czym przesunąłem zieloną słuchawkę. - Halo. - przewróciłem oczami. Pieprzone dzieciaki pewnie bawią się w dobrze znane każdemu "Chodzi panu lodówka?". - Halo. - powtórzyłem ze zniecierpliwieniem. 
- Cześć, Bartek... - usłyszałem dobrze znany mi głos po drugiej stronie. 
- Melka? - z przyzwyczajenia chciałem podnieść się do pozycji siedzącej, a to wywołało cholerny ból w plecach i aż syknąłem, krzywiąc się. 
- Coś się stało? - po jej głosie wywnioskowałem, że wie, że coś jest nie tak. 
- Nic takiego. Mały uraz. - odparłem. - Dlaczego dzwonisz z zastrzeżonego? 
- Bartek, ja... - zacięła się. - Tęsknię za tobą, Bartek.. - wyszeptała, po czym usłyszałem dźwięk przerywanego połączenia. Od razu wybrałem jej numer z kontaktów, ale był nieosiągalny. Wychodziło na to, że zmieniła numer i dzwoniła z innego, ale jaki byłby temu powód? Miałem nieodmowne wrażenie, że coś nie jest tak, jak być powinno. Tylko co do cholery...
- Ooops - z łazienki wyszedł zadowolony Stefan w negliżu, któremu mina od razu zrzedła na mój widok. - Eeee... - wymachiwał rękoma, by zakryć to i owo. 
- Stary, nie obchodzą mnie twoje klejnoty. - parsknąłem. - Przyjechałeś tutaj autem, prawda? - zapytałem, a ten niepewnie przytaknął. - Świetnie, więc ubieraj się szybko, bo jedziemy do Wrocławia. 

Od autorki:
Wszystkie obstawiałyście, że to Piotr dopadł Bartka, a tu niespodzianka! Ktoś zaskoczony? ^^
Do następnego! ;*

PS. zapraszam na opowiadanie o Nejcu Dezmanie ( ale żem zrymowała! ) : http://really-like-you.blogspot.com/  :D

PS2. Zapraszam do ankiety na dole! ;))

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział siedemnasty.

Jego dotyk


przedmieścia Wrocławia | 13 lipca | godzina 16.00

Przeszło dobrych kilka godzin od kiedy wyszłam z pustego domu i zaczęłam błądzić zakamarkami Wrocławia. Nogi nosiły mnie gdzie tylko było można wejść i nie miałam zamiaru na zatrzymywanie się w połowie drogi. Miałam za dużo do przemyślenia, a to był dobry patent na wysnuwanie wniosków o swoim życiu. Zgodnie ze swoim sumieniem doszłam do wniosku, że lepiej byłoby rzucić się z mostu, na którym w danej chwili stoję, albo od razu przywiązać się do torów i czekać na pociąg z niewinnymi ludźmi lub węglem. Wszystko lepsze od patrzenia na twarz uśmiechającego się Piotrka, który nie wiadomo skąd dowiedział się, że jestem w mieście i dość szybko mnie znalazł. 
- Stanie nade mną nic nie wskóra. - odwróciłam się przodem do chłopaka, który stał z założonymi rękoma i bezpardonowo żuł gumę, jak krowa liście. - Zamykaj te usta, bo nałykasz się komarów i ci morda spuchnie gorzej niż jest teraz. - rzuciłam od tak. 
- Widzę, że charakterek nadal masz. - zaśmiał się, podsuwając bliżej, więc cofnęłam się o dwa kroki w tył. - Schowaj cięty język do kieszeni, bo moja wyrozumiałość się wyczerpała. Radziłbym ci też zacząć ze mną współpracować, bo obydwoje mamy swoje sekrety i przykro by było, gdybyś ktoś dowiedział się ciekawostek o tobie, prawda? - bezczelnie zakręcił na placu kosmyk moich włosów i szeroko się uśmiechnął. Z trudem przełknęłam ślinę, gdyż był zbyt blisko i w dodatku przeczuwałam, że zaraz zacznie się wyciąganie spraw z przeszłości.
- Wsadź sobie swoje rady w dupę. - warknęłam, mierząc się z nim na spojrzenia. - Po pierwsze, nic na mnie nie masz, Piotrek. A po drugie, sam święty nie byłeś. - uśmiechnęłam się cwaniacko, a wtedy z jego twarzy zniknął cień uśmieszku. - Nie pamięta wół jak cielęciem był? - przymrużyłam powieki, patrząc na niego z wyższością.
- Piśnij słówko komukolwiek, a pożałujesz. - wymierzył we mnie palcem i wbił spojrzenie niczym sztylet. - Czekam do jutra na pieniądze. - syknął. 
- To sobie poczekasz jeszcze trochę. - parsknęłam, co nie uszło jego uwadze i wtedy zacisnął dłonie na moich ramionach. 
- Nie pogrywaj sobie ze mną. - powiedział. - Nie jestem chętny do zabawy w kotka i myszkę.. Chyba, że mam zaproponować tę grę twojemu Bartkowi. - zaśmiał się. A ja zbladłam, straciłam pewność siebie i hardość, bo przed oczyma stanął mi obraz zwijającego się z bólu Bartka i znęcającego się nad nim Piotrka. Przeszły mnie dreszcze, chciałam wyrzucić tę myśl z głowy, ale nadzwyczajnie w świecie nie mogłam. 
- Jego w to nie mieszaj. - powiedziałam cicho. 
- A ja już myślałem, że naprawdę nie jest dla ciebie ważny. Mile mnie zaskakujesz, skarbie. 
- Daj mi czas do soboty... Proszę.
- Jutro punkt 22 stawiam się pod twoim domem po pieniądze. - odparł. - Powiedzmy, że daję ci maksymalnie pół godziny spóźnienia, a potem jadę prosto do Zakopanego. 
- Nie dam rady zebrać trzech tysięcy na jutro! 
- Na twoim miejscu skakałbym z radości, że nie musisz oddać mi wszystkiego naraz. Nie zapominaj, że to dopiero dwie piąte długu. - wyszczerzył się jak typowy cwaniak, po czym nachylił się i szepnął wprost do mojego ucha. - Zapłatą w naturze nie pogardzę. - odchylił się, ucałował w policzek i odszedł. 
- Dupek. - mruknęłam pod nosem, opierając się ponownie o barierkę. Tym razem naprawdę zaczęłam zastanawiać się nad spadnięciem z tego mostu. Przynajmniej miałabym święty spokój, a tak nie dość, że muszę spiąć się i ogarniać pieniądze, to jeszcze martwię się, czy pożal się Boże gangsterowi nie przyjdzie na myśl wycieczka do Zakopanego jeszcze dziś...

Centralny Ośrodek Sportu | Cetniewo | godzina 17.50

- Kłusek! Cholero jasna, zaraz zamówię ci transport do domu. - zdenerwowany trener omal nie wyrwał sobie resztki włosów z głowy, gdy tak stał przede mną i wrzeszczał, a ja i tak żyłem swoim życiem. Nie mogłem odnaleźć w sobie chęci i motywacji do ćwiczeń, gdy wiedziałem, że Amelia wróciła do Wrocławia i nawet nie wiedziałem dlaczego. Może nie byłem dla niej przyjazny od początku, ale do cholery nie wyjeżdża się z dnia na dzień i to bez słowa! - Bartek! - krzyknął raz jeszcze, więc skierowałem na niego wzrok. 
- No ćwiczę przecież. - mruknąłem, podnosząc ciężarki.
- Bartuś myszko, co ci leży na serduszku? - przechodzący obok Piotrek Żyła przystanął i usiadł obok, po czym zarzucił mi rękę na ramię i patrzył jak zbity szczeniak. Tylko tego brakowało mi do szczęścia; rozregulowanego trenera do granic możliwości i opiekuńczego Żyły. 
- Piotrek, zajmij się sobą. - powiedziałem, spoglądając na niego. 
- Co tutaj za zebranie? - cześć Maciek, właśnie ciebie nam brakowało do kolekcji. Jak gdyby nigdy nic usiadł na podłodze przede mną i wyszczerzył swoją kocią mordkę, a ja już miałem ochotę go zamordować. Przestałem darzyć go jakąkolwiek sympatią od momentu jego powrotu na imprezę, gdy przytulał Melkę, a ta miała na sobie jego bluzę. - Zdychasz czy co z tobą? - zapytał, śmiejąc się. 
- Mam alergię na koty. - powiedziałem sardonicznie i skupiłem na podnoszeniu ciężarków. 
- Słyszałem, że Melka wyjechała. - powiedział. Maciej agent Kot wkracza na polowanie i myśli, że będzie anonimowy. - Kurde, szkoda. Takiej laski tutaj potrzeba. - poruszał brwiami.
- Powiem ci, że gdyby nie obrączka to mogłoby być ze mną różnie. - Żyła jak zawsze musiał zabrać głos i palnąć największą głupotę świata, ale czego można się było po nim spodziewać? Że zachowa jakieś resztki normalności i nie wyjdzie na głupka, a przy okazji nie podniesie mi poziomu zdenerwowania? 
- O co chodzi z obrączką? - do tematu wtrącił się Kamil. - Odnawiacie przysięgę małżeńską z Justynką? - popatrzył znacząco na Piotra. 
- Piotrek właśnie wyznał, że gdyby nie żona, to Melka nosiłaby już jego dzieci. - Kot wybuchnął niepohamowanym śmiechem, a Stoch również się śmiejąc, popukał się w czoło.
- Cicho siedź. - Żyła zamachnął się na bruneta, lecz ten zrobił unik. - Nie mówiłem nic o dzieciach! Nie przelewaj na mnie swoich fantazji. - wytknął mu, na co tamten przyłożył do ust palec na znak milczenia. Już w tym momencie miałem ochotę wstać i rzucić się na niego, tylko za co? Za to, że żartuje z pierwszej lepszej dziewczyny? Za to, że mówi o niej zupełnie jakby była zwykłą szynką na wystawie, a nie normalną, żyjącą osobą?
- Biegun! - krzyknął Maciek, a wspomniany przez niego osobnik czym prędzej pojawił się przy naszej grupce. - Biegun pytanie jest.
- Nie mam alkoholu w torbie. - odparł. - Zapomniałem, że mamy dziś trening na hali i wziąłem złą torbę.
- Po powrocie masz się stawić z tą torbą u mnie w pokoju. - odezwał się trener.
- Ale trenerze ja tylko żartowałem! - oburzył się.
- Za to ja nie.
- Bo trenerzy nie mają wódki pod łóżkami. - westchnął Kot.
- To co mamy pod łóżkami to nasza sprawa chłopaki. - powiedział, zbierając jakieś papiery z ławki.
- Kajdanki, gumki i te sprawy. - zażartował Biegun, co nie uszło uwadze trenera i tylko pokręcił z politowaniem głową. Odszedł, zostawiając mnie samego z dwoma błaznami, jednym opanowanym i niewyrośniętą wiewiórką. Towarzystwo moich marzeń, szczególnie w momentach największego doła. - O co się chciałeś pytać? - zwrócił się do Maćka.
- Bo widzisz... Właśnie rozmawiamy z chłopakami o Melce. - poruszał brwiami. - Bartek milczy, Kamil jest wierny żonie nawet myślami, więc potrzebujemy kogoś kto podzieli nasze zdanie na temat tego, że gdyby tutaj była to pewnie każdy by skorzystał. - kolejny raz dało się słyszeć jego paskudny śmiech. Wyrażał się o niej jak o zwykłej panience do towarzystwa, a podobno mówił niedawno, że chciałby, żeby między nimi coś było. Ktoś grał tutaj dwulicowo.
- Ona ci się przypadkiem nie podobała? - zapytał Krzysiek, patrząc znacząco na Maćka.
- Stare dzieje. - odpowiedział. - Kto chciałby chodzić z laską, która się puszcza.
- Nie mów tak o niej. - warknąłem, patrząc na jego uśmiechniętą twarz, na której po chwili pojawiło się zdezorientowanie. - Po pierwsze, nie jest dziewczyną do towarzystwa, że każdy mógłby tutaj skorzystać, a po drugie, nie masz prawda tak o niej mówić, skoro jej nie znasz!
- Co proszę? - zapytał. - Chcesz mnie uczyć jak mam się o niej wyrażać? Mam ci przypomnieć, jak do niedawna sam mówiłeś, że to zwykła dziwka, która poleci na wypchany portfel i ładną buźkę?
- Było minęło. - syknąłem.
- A może ty masz z nią jakiś układ, co? Może ona daje ci za darmo, a ty masz robić za jej bodyguarda? - parsknął.
Dłużej nie potrafiłem już nad sobą panować. Denerwował mnie sposób w jaki się o niej wyrażał. Denerwowało mnie to, że w ogóle o niej mówił. Rzuciłem się na niego i wykorzystałem fakt, że przez moment nie wiedział co się dzieje. Wtedy zdążyłem otłuc mu twarz, ale potem poczułem, że ktoś szarpie mnie za rękaw. Kątem oka dostrzegłem Kamila i Piotrka, którzy na siłę chcieli mnie od niego odciągnąć, ale emanowała ode mnie taka złość, że kurczowo czepiłem się Maćka i nie było żadnej mocy na to, by mnie od niego odciągnąć. Miałem zamiar szarpnąć się w przód, by chłopaki przestali mi przeszkadzać i odeszli, lecz wtedy Kot zebrał w sobie siły i zaczęła się walka o tzw. dominację. Kilkakrotnie moja pięść lądowała na jego twarzy, szczególnie upodobałem sobie nos, a potem skorzystałem z tego, że przecież mam jeszcze kolana.
- Co tutaj się dzieje!? - usłyszałem poddenerwowany głos trenera Kruczka. - Cholera, pomóżcie mi ich rozdzielić, bo się pozabijają! - krzyknął.
- Po mojemu to mogą się tłuc do oporu. - powiedział spokojnie Klimowski.
Kot wymierzył mi cios tuż nad brew, gdy ja zaciskałem dłonie na jego szyi. Lecz wtedy do akcji weszli chłopaki i najpierw oderwali ode mnie Maćka, którego zaciągnęli w kąt, a potem zaczęli mnie zatrzymywać, gdy chciałem się do niego dorwać.
- Jesteś popieprzony do kwadratu! - krzyknął brunet, trzymając się za krwawiący nos. Ponowna próba wyrwania się w jego stronę poszła na marne, więc dałem sobie spokój.
- Jeszcze raz usłyszę, że tak o niej mówisz. - warknąłem, po czym zebrałem w sobie siły i wyrwałem się chłopakom, a następnie wyszedłem na dwór. Byłem cholernie wściekły i gdyby przyszło nam być sam na sam to jutro jego rodzina szykowała by już pogrzeb, a ja zacząłbym ukrywać się po starych magazynach. Szedłem powoli przed siebie, gdy rozdzwonił się mój telefon. Dziwne, że nie wypadł mi podczas bijatyki, ani nie odniósł żadnych obrażeń. Na wyświetlaczu widniał numer prywatny. Zazwyczaj nie miałem w nawyku odbierania takich połączeń, ale tym razem coś nakazało mi to zrobić. Przyłożyłem telefon do ucha, czekając aż ktoś się odezwie, ale w słuchawce panowała cisza.
- Co jest do cholery. - mruknąłem, odsuwając od ucha telefon i patrząc jeszcze raz na ekran. To był ostatni moment, kiedy jeszcze funkcjonowałem jak należy, bo potem runąłem jak długi na ziemię, a w plecach poczułem przeraźliwy ból..

Od autorki:
Miałam zaczekać z kolejnym rozdziałem do następnego tygodnia, ale za bardzo lubię to opowiadanie i... Rozdział jest gotowy! :D
Jak wam się podoba?
Miłego dnia, buźka! ;*

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział szesnasty.

Dom rodzinny Klemensa | godzina 20.30

Od godziny Klimek uporczywie dobijał się do moich drzwi, zupełnie jakby miało to zmusić mnie do rozmowy z nim, ale jakiś kwadrans temu dał sobie spokój i chyba poszedł. Nie miałam nastroju do rozmów, a tym bardziej nie miałam ochoty na dzierżenie czyjejś obecności w swojej małej świątyni. Powoli miałam tego wszystkiego dosyć; począwszy od małego zadrapania na ramieniu, a skończywszy na tym co dzieje się w moim życiu w ostatnich tygodniach. Najpierw były mordercze kłótnie z dotychczasowymi ludźmi, którzy dawali mi dach nad głową i miłość, a potem nagły wyjazd wakacyjny tutaj i kolejny przewrót o sto stopni, bo poznałam kolegów mojego kuzyna, w moim życiu pojawił się Bartek ( który bądź co bądź nadal jest księżniczką ze spalonego zamku i nie wiem czy jest coś w stanie to zmienić ), tutaj zobaczyłam prawdziwe życie z normalnymi ludźmi i w normalnym otoczeniu, ale też tutaj dowiedziałam się o oddaniu mnie bratu wujka i jego żonie, a także teraz wróciła przeszłość. Przeszłość, która nie jest miła do wspominania i o której chcę zapomnieć, a reszta świata ma nawet nie wiedzieć..
- Melka, otworzysz? - delikatnie pukanie i spokojne pytanie Agnieszki sprawiło, że podreptałam do drzwi i je odkluczyłam. Blondynka stała z wymalowanym uśmiechem na ustach oraz pudełkiem lodów i dwoma puszkami napoju gazowanego. - Niewyglądowo wyglądasz. - zaśmiała się, wchodząc, a ja ponownie zakluczyłam drzwi. Skoro tutaj przyszła i chce tracić na mnie czas to przynajmniej postaram się wyżalić z połowy życiowych problemów, które leżą mi teraz na sercu. 
- Dzięki. - mruknęłam bez entuzjazmu, siadając na łóżku i biorąc od niej jedną łyżeczkę do lodów. 
- Okey, widzę, że sprawa jest dużo poważniejsza niż przypuszczałam... - pokręciła głową, po czym otworzyła opakowanie lodów i postawiła je między nami na kolorowym pisemku, by nie zabrudzić pościeli. - Co jest grane? - wzruszyłam ramionami. - Obiecuję ci, że nie powiem nikomu. - zarzekła się, przykładając dłoń do klatki piersiowej. - Chodzi o tę.. adopcję? 
- Uwierz, że nie tylko. - odparłam cicho, nabierając na łyżkę trochę lodów. 
- W takim razie zacznij od początku. - uśmiechnęła się, a to z kolei dodało mi pewności, która w jednej chwili zniknęła i zrobiła ze mnie nieśmiałą dziewczynką, którą pytają o drogę i ta nie wie co powiedzieć. Mój monolog zaczęłam od jakże błahej sprawy, która skomplikowała mój życiorys dokładnie dobę temu, czyli poruszyłam temat pokrewności z Klimkiem i dowiedzenia się prawdy. Jedyne co było dobre w tym momencie to to, że Agnieszka nie wtrącała się w każde słowo, jak Klimek, i nie pouczała od razu, a słuchała uważnie i w chwilach zawahania ściskała mnie za dłoń. Murańka może jest idiotą, ale dziewczynę ma o dobrym sercu i niech się jej trzyma, bo jak coś schrzani to podepnę go do skrzynki z prądem i nie będzie miło.
- Moim zdaniem, powinnaś z nimi porozmawiać. - powiedziała, gdy ja zamilkłam. - Wczoraj byłaś wściekła, to był dla ciebie szok i nikt nie może się dziwić, że zareagowałaś tak a nie inaczej.. Ale nie możesz teraz patrzeć na swoich prawdziwych rodziców przez pryzmat tego co zrobili, gdy się urodziłaś, ale co robili, kiedy tutaj przyjeżdżałaś. 
- Lubiłam tutaj przyjeżdżać.. - wtrąciłam. - Wujek zawsze uczył mnie czegoś nowego, a ciocia zabierała w każde możliwe miejsce i kupowała co tylko chciałam.. W sumie to nigdy na mnie nie krzyczeli, tylko spokojnie potrafili mi coś wyjaśnić.. 
- Widzisz, zależało im na tobie. - powiedziała. - Biologicznie byłaś ich dzieckiem i kochali cię, a to że nie wychowywali cię od małego to inna sprawa. 
- Zachowali się po świńsku, Agnieszka, tutaj nie można ich bronić. - chciałam zareagować z hardością w głosie, lecz nie miałam na tyle siły. Głos wiązł mi w gardle. 
- Melka, przestań być nieczuła. Zobacz, że chcąc dobra dla ciebie, zdecydowali się na oddanie cię ludziom, którzy nigdy nie mieliby swoich dzieci. Pomyśl ile to ich kosztowało, postaw się na ich miejscu i sama oceń, czy nie chciałabyś, by twoje dziecko miało wszystko; ciepły dom, kochających rodziców, miłość i opiekę. Zobacz, że to wszystko na tamte czasy było czymś kosmicznym, bo było ciężko i ludzie ledwie wiązali koniec z końcem.. 
- Może i masz rację.. - odparłam po chwili ciszy. Musiałam wszystko dokładnie przeanalizować i ułożyć na półeczkach w mózgu. - Ale co ja mam teraz zrobić? - popatrzyłam wyczekująco na Agnieszkę. 
- Porozmawiać z nimi. - powiedziała. - Najpierw porozmawiaj z biologicznymi rodzicami, a potem porozmawiaj z tymi, którzy cię wychowywali przez dziewiętnaście lat. Bo chyba jesteś im dłużna chwilę rozmowy i podziękowań. Mimo tego, że nie zawsze mieliście wzorowe relacje. 
- Chyba masz rację.. 
- Nie chyba, ale na pewno. - zaśmiała się. - Naprawdę, Melka, nie wiń ich za nic, bo wszyscy kochają cię całym sercem.. - przesunęła się kilka centymetrów w moją stronę i przytuliła. Dobrze robi się człowiekowi na sercu, gdy wygada się komuś chociaż po części. Czuje się wtedy taką przyjemną ulgę oraz wie się, że jest obok ktoś, kto pomoże, doradzi i wesprze. - A teraz mów; jak tam twoje relacje z Bartkiem? - dziewczyna odsunęła się ode mnie, poruszając brwiami, a na jej twarz wpełzło rozentuzjazmowanie.
- Moje relacje z Bartkiem? - powtórzyłam z niedowierzaniem, wytrzeszczając oczy i omal nie zakrztuszając się własną śliną. - Między nami nie ma żadnych relacji. Skąd wpadłaś na pomysł z czymś takim? - popatrzyłam na nią wymownie, a ta tylko się uśmiechała i kiwała głową. - No Agnieszka proszę cię!
- To ja cię proszę! - odgapiła ode mnie ton głosu. - Nie widzisz, jak ten chłopak się w ciebie wpatruje?
- Widzę, tak jak łowca w pędzącą sarnę. - odparłam z przekąsem.
- Porównanie dziwne, ale powiem ci, że po czasie sarna wpada w sidła łowcy. - znów poruszała brwiami.
- Agnieszka!
- Chyba mi nie powiesz, że ci się nie podoba. - zaśmiała się, patrząc mi prosto w oczy. Nienawidziłam tak osobistych pytań podczas rozmowy w cztery oczy, bo wtedy ogarniał mnie stres i nawet gdy zaprzeczałam to wychodziło inaczej. Tak samo było i tym razem. Chociaż mówiąc zwykłe nie poczułam dziwne uczucie w brzuchu na myśl o Kłusku, ale.. Nie! Nigdy w życiu nie upadłabym do tego stopnia, by wchodzić z Bartkiem w głębsze relacje. - Możesz się wypierać, ale ja i tak trzymam za was kciuki. - oblizała łyżeczkę po lodzie i szeroko się uśmiechnęła.
- Jak dla mnie to możesz zakładać nogi na szyję, a ja i tak wiem, że nic między nim a mną nie będzie. - odparłam pewnie.
- Jesteś tego pewna?
- A masz jakiekolwiek dowody na to, że on wykazuje jakieś zainteresowanie moją osobą?
- Już mówiłam, że patrzy się na ciebie takim słodkim wzrokiem. - powiedziała.
- Słodkie oczka to nie dowód. - otworzyłam puszkę z napojem i upiłam kilka łyków pomarańczowej cieczy. - Oglądasz za dużo filmów albo po prostu brak ci czułości, wiesz? - popatrzyłam na wesołą blondynkę i przewróciłam oczyma. W drodze do mojego pokoju widocznie musiała upaść i mocno uderzyć się przy tym w głowę, że wygadywała takie bzdury. Ja i Bartek.. Dobre sobie! 
- Oj Melka, Melka.. - pokręciła głową. - Chłopaki mnie potrzebują. - wskazała na telefon. - Ale nie myśl sobie, że zostawię tak ten temat! - pogroziła, stając przy drzwiach i odkluczając je. - Kroi nam się nowa parka. - zaśmiała się, zamykając drzwi, a ja w tym samym czasie rzuciłam w jej stronę poduszką, która osunęła się po sosnowym prostokącie.
Dzięki dziewczynie wiedziałam już co robić. Dlatego też od razu zebrałam swoje szanowne cztery litery z wygodnego łóżka, wyjęłam spod niego walizkę i rzuciłam ją na łóżko. We Wrocławiu nie czekała na mnie tylko rozmowa z ludźmi, z którymi żyłam od małego. Czekało na mnie kilka spraw, które musiałam wyjaśnić, a jedną z nich były pieniądze, które grały tutaj ważną rolę. Bo albo ureguluję swoje rachunki, albo Bartkowi stanie się krzywda choć nie jest niczemu winny, a na to nie mogłam pozwolić. I choć nienawidziłam go od początku i życzyłam mu wszystkiego najgorszego, teraz nie potrafię wyobrazić sobie jego cierpienia i bólu na jego twarzy.. Po prostu nie mogę, dlatego czuję, że wyjazd jest najkorzystniejszą opcją. Więc wiele się nie zastanawiając, podeszłam do szafki i zaczęłam wyjmować z niej poskładane rzeczy.

Około ósmej rano w domu zapadła cisza, która oznaczała, że wszyscy się rozeszli i zostałam sama. Dzisiejszej nocy nie zmrużyłam oka i wdzięczna byłam temu, kto wymyślił makijaż, bo w tym momencie był niezastąpiony. Ubrana, z walizką w ręku, zeszłam na dół, prosto do kuchni, gdzie natknęłam się na informującą mnie karteczkę, na której pisało, że wujek pojechał do pracy, Klimek na trening, a ciotka wraz z Agnieszką i małym Murańką wybrały się na zakupy. Tyle dobrze, że mogłam zostawić im liścik i obejść się bez zbędnych tłumaczeń oraz pożegnań. Poza tym i tak tutaj wrócę. Wszak czeka mnie rozmowa z prawdziwymi rodzicami, ale najpierw ważniejszy jest wyjazd. 
Minęło dziesięć minut, gdy pod dom rodzinny Klimka zajechała taksówka i wysiadł z niej starszy pan, który wyglądał na miłego i sympatycznego faceta. Zapakował walizkę do bagażnika, a ja w tym samym czasie miałam zamiar wsiąść do auta, gdy z naprzeciwka usłyszałam wołanie i gdy zerknęłam, zobaczyłam biegnącego Bartka.
- Co tutaj robisz? Nie ma treningu? - przymknęłam drzwi od taksówki i stanęłam przy zasapanym Bartku. 
- Zaczynam trening za dwie godziny, ale teraz postanowiłem pobiegać i.. tak jakoś tutaj mnie przywiało. - odpowiedział. - Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się zawadiacko. - Zakupy? 
- Nie. - odparłam cicho. 
- Rozumiem. Jakaś misja specjalna zapewne. - zaśmiał się. 
- Powiedzmy. 
- Hej, dzieje się coś? - zapytał. 
- Bartek, nie mam czasu na pogaduszki. - próbowałam go zbyć, by jak najszybciej wsiąść do tego auta i odjechać. 
- Ale ja nadal nie wiem gdzie jedziesz. - uśmiechnął się szeroko.
- Wyjeżdżam. - powiedziałam jeszcze ciszej niż wcześniej. - Wracam do Wrocławia. - dodałam i już nie zwracając na niego uwagi, otworzyłam drzwi i wsiadłam na tylne siedzenie. Przez szybę widziałam jego zdezorientowanie na twarzy, ale też... smutek. Mi samej zrobiło się cholernie żal tego, że muszę wrócić do domu, że muszę zostawić tych wszystkich ludzi, których zdążyłam poznać, że muszę zostawić Bartka. Na samą myśl o tym, poczułam, że w moich oczach zbierają się łzy. 
- Kawaler chyba nie jest szczęśliwy. - głos kierowcy wyrwał mnie z chwilowego letargu. Ponownie spojrzałam przez okno i zobaczyłam, jak chłopak powoli oddala się w przeciwną stronę. 
- Poczeka pan chwilę? - zapytałam szybko, wycierając łzę z policzka. 
- Dla czyjegoś szczęścia muszę poczekać. - odparł, uśmiechają się, a ja otworzyłam drzwi i pędem wysiadłam z samochodu. - Bartek! - krzyknęłam, lecz nie odwrócił się. - Bartek, do cholery! - dogoniłam go, po czym położyłam mu dłoń na ramieniu, a wtedy się odwrócił. Widziałam wszystko; biedne dzieci, wygłodzone szczeniaki, porzucone w lesie zwierzęta, ale jego spojrzenie.. Jego zaszklone spojrzenie kroiło moje serce na pół. - Bartek ja... - nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów do nawiązania z nim dialogu. Wolałam dać sobie spokój z gadaniem, więc wspięłam się na palce i musnęłam kilkakrotnie jego usta, a potem z nie czystym sumieniem pobiegłam do taksówki i zatrzasnęłam drzwi..



Od autorki:
Nie jest źle! :D 
Ps. czy wiecie, że rozdział 16 jest ostatnią częścią opowiadania "Jego spojrzenie"? 
Na kolejny rozdział ( cz.2 pt."Jego dotyk") zapraszam niebawem! ;*
Buźka!

piątek, 12 czerwca 2015

Rozdział piętnasty.

Mieszkanie na obrzeżach Zakopanego | godzina 23.50

- Bartek! - krzyknęłam zaraz po tym, jak brunetowi udało się po raz kolejny umieścić piłkę w bramce mojej drużyny. - Oszukujesz gnido! - w ramach zemsty rzuciłam w niego popcornem, a ten szyderczo się uśmiechnął. 
- Ja nie oszukuję. To ty nie potrafisz grać z mistrzem Fify. - powiedział i upił łyk swojego piwa. - Rwiesz się do czegoś, co jest dla ciebie nieosiągalne. - zaśmiał się. 
- Ktoś tu zaraz odleci od piórek samouwielbienia. - zacmokałam ustami.
- Mówisz o mnie? - zapytał. 
- Nie no skąd, przecież od jakiejś godziny siedzi z nami Magda Gessler. Nie zauważyłeś? - przewróciłam oczyma, kręcąc z politowaniem głową nad jego wrodzoną głupotą. 
- Ktoś tu próbuje być śmieszny. - przedrzeźniał mnie. Westchnęłam.
- Mówisz o mnie? - zapytałam od niechcenia, by dać mu się wykazać i naprawdę, ale to naprawdę spodziewałam się czegoś bardziej kreatywniejszego niż tego, co powiedział Bartek:
- Nie, przecież odkąd weszliśmy siedzimy w towarzystwie Cristiano Ronaldo. 
- Ja przynajmniej próbowałam być śmieszna. - mruknęłam. - Ty przegrałeś już na starcie. - tym razem to ja oberwałam kilkoma ziarenkami popcornu, a Bartek ryczał ze śmiechu, gdy jeden uderzył mnie w nos. - Bo się posikasz. - odparłam kąśliwie. - Ps. Cristiano Ronaldo nie jest fajny, więc dlaczego akurat wybrałeś sobie jego?
- Jak to nie jest fajny, jak jest? - popatrzył na mnie jak na skończonego debila, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru zmieniać zdania i odpowiadać na jego pytanie. - Fanka Blaugrany, pff. 
- Przynajmniej są lepsi niż ten nażelowany Real Madryt. - wytknęłam język. 
- Ja nie zwracam uwagi na żelowanie, a na sposób gry. - odparł. - Lubisz piłkę nożną tylko dlatego, że możesz pogapić się na ponad dwadzieścia tyłków i ocenić ich twarze? 
- Wcale, że nie! - krzyknęłam. 
- Jedzie mi tu pociąg? - wskazał palcem na oko, a ja ponownie przewróciłam oczyma. - No właśnie. Więc nie zaprzeczaj, gdy władca ma rację. 
- Władca czego? Swoich bokserek z różową gumką? - popatrzyłam na Bartka pytającym wzrokiem. - Co się tak gapisz? - zadałam kolejne pytanie widząc, że rozdziawił usta jak głodny pisklak i wytrzeszczył oczy niczym kobieta na porodówce. - Nie żebym patrzyła, ale zsunęły ci się spodnie, jak podnosiłeś pilota. - powiedziałam szczerze. 
- Ktoś ci pozwolił? - przesunął się o dwa miejsca bliżej mnie na kanapie i położył rękę na oparciu. Był blisko. Zbyt blisko na sytuację "sam na sam" i stan alkoholowy. Miałam ochotę odsunąć się w bok, lecz natrafiłam jedynie na podłokietnik i to uniemożliwiło moje dalsze ruchy. Przysunął się z szerokim uśmiechem na twarzy. - Wyglądasz, jakbyś się mnie bała. - powiedział rozbawiony. 
- Bo może tak jest? - pytanie to wypłynęło z moich ust mimowolnie. Skarciłam się w myślach za nietrzymanie języka za zębami, ale było już za późno. 
- Naprawdę jestem taki zły? - początkowo uśmiechnął się zadziornie, by potem obniżyć głos do minimum i wywoływać nim ciarki na moim ciele. Robiło się coraz nieprzyjemniej ( jeśli chodzi o mnie, bo nie wiem co Bartkowi wtedy siedziało w głowie ) i atmosfera zgęstniała na tyle, że plastikowy nóż śmiało byłby w stanie ją przeciąć. - Nie gryzę, nie jestem psycholem.. Jestem całkowicie bezpieczny. - szepnął. Jego spojrzenie.. Nie byłam zdolna do przerwania wpatrywania się w jego oczy, bo było w nich coś, co mnie przyciągało, zastanawiało. Tak jakby ukrywał się w nich jakiś magnes, który działał na niektóre osoby. 
- Bartek..
- Masz piękne oczy. - wyszeptał. Przymknęłam powieki, gdy jego dłoń wylądowała na moim policzku, a kciuk błądzisz w okolicach ust. - I usta.. - zahaczył palcem o dolną wargę jak gdyby nigdy nic. Bicie serca czułam w gardle i miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy na zewnątrz. Natomiast brunet był coraz bliżej mojej twarzy. Wiedziałam do czego to prowadzi i jaki będzie finał. Czy chciałam? Nie. Dlatego wygrzebałam z szarych komórek zapasy sił poskładane na czarną godzinę, odepchnęłam go z uśmiechem ( choć w oczach  nadal miałam szok ) i poprawiłam się na kanapie. 
- Gramy? - zapytałam ochoczo. Widziałam to niezadowolenie na jego twarzy, ale nie mogłam tak po prostu dać mu tego, co ode mnie chciał. Bo chciał tylko jednego i było to doskonale widać, a ja nie miałam zamiaru ulegać jego spojrzeniu i słodkim słówkom. Potem brzydziłabym się patrzeć w lustro.
- Tak.. Tak, gramy. - odchrząknął i łapczywym haustem dopił piwo, po czym klikając kilka przycisków ustawił nową grę..

Obudziłam się w nieznanym mi jeszcze miejscu, ale wiedząc, że wczorajszy wieczór spędziłam z Bartkiem, mogłam się jedynie spodziewać, że to sypialnia Bartka. Podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po pomieszczeniu. Wszędzie pełno było jakichś nagród, dyplomów oraz zdjęć Bartka z jego byłą dziewczyną. Wyglądali na szczęśliwych, lecz widocznie coś nieźle ich poróżniło, że z czasem stali się dla siebie obcymi ludźmi i nie potrafili się dogadać. 
Po kilku minutach oglądania zawieszonych zdjęć postanowiłam wyjść z pokoju i zobaczyć, gdzie i co się dzieje z Kłuskiem. Otworzywszy drzwi, uderzył we mnie zapach kawy i czegoś jeszcze, lecz nie bardzo mogłam zgadnąć co to było. 
- Już wstałaś? - wzdrygnęłam się słysząc jego głos. Kuchnia świeciła pustkami, a on widocznie  był w łazience, dlatego przeżyłam swój mini zawał. Skinęłam głową, po czym weszłam za nim do kuchni. - Jak się spało? - zapytał wesoło, podając mi kubek z kawą. 
- Masz wygodne łóżko. - oparłam, upijając łyk cieczy. - Ale... - zawiesiłam głos na moment. - Bo... Gdzie ty spałeś? - wydukałam cicho. Modliłam się w duchu, by nie powiedział tego, czego nie chciałam żeby powiedział. 
- Spałem na kanapie. - odparł, a mi kamień spadł z serca. - Zasnęłaś mi wczoraj na kolanach, więc zaniosłem cię do swojego pokoju, położyłem, ale rozbierać cię nie miałem odwagi, bo jeszcze byś mnie zwyzywała od napaleńców i zamordowała. - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. - Ale cieszę się, że pozytywnie oceniasz moje łóżko. - dodał. - Głodna? - przytaknęłam. - Zrobiłem naleśniki. Nie wiem, czy lubisz czy nie, ale każdemu smakują, więc może się w nich zakochasz. - ponownie się zaśmiałam. Naprawdę zaczęłam zmieniać zdanie o Bartku, bo jego zachowanie, gdy byliśmy sami, było całkiem w porządku i nie miałam do niego żadnych najmniejszych uwag. Mogę nawet przyznać, że moja sympatia do jego osoby wzrosła o kilka dodatkowych procent. 
- No skoro tak mówisz to nie może być inaczej. - odparłam, biorąc do ręki talerz od chłopaka i nakładając na niego jednego naleśnika. Tematów przy posiłku nam nie brakowało, tym bardziej, że Bartek cały czas zachwalał sam siebie za idealnie wysmażone naleśniki. 
- Mojej byłej tak smakowały, że po miesiącu takich  śniadań nie mogła się zmieścić w żadną sukienkę. 
- Mówisz o Kaśce? - przerwał na chwilę jedzenie, by napić się kawy, a potem przymilkł. - Sorry. - powiedziałam. 
- Nie no, przecież nic się nie dzieje. - odparł. - Było minęło, a ja nie jestem jakąś babą, żeby płakać po skończonym związku. 
- Co racja to racja. - powiedziałam. - Oglądałam wasze zdjęcia. - przyznałam. - Pasowaliście do siebie..
- Kiedyś każdy nam to powtarzał. - rzucił krótko. - A potem wszystko się posypało i nawet ludzie nas przestali traktować jak parę. 
- Dlaczego? - może nie ładnie wtrącać się w czyjeś życie, lecz ciekawość od czasu do czasu trzeba nakarmić. 
- Jakieś kilka miesięcy temu mnie zdradziła. - mruknął. - Była wtedy na jakimś wyjeździe służbowym i poszła do łóżka z kelnerem obsługującym bankiet.. 
- Powiedziała ci, czy sam się dowiedziałeś? 
- Gdyby mi powiedziała to chyba musiałbym zapisać to w księdze Guinnessa. - prychnął. - Dowiedziałem sie przez przypadek, gdy pewnego razu spotkałem jej koleżankę na mieście, a ta zaczęła pieprzyć coś o tym, że powinienem wybaczyć Kaśce, że to nie była jej wina. Potem wyjaśniliśmy sobie wszystko, ale od tego momentu już nie potrafiłem jej zaufać, a i ona nie wkładała w ten związek niczego od siebie. 
- Oddaliliście się od siebie. - stwierdziłam. 
- Dokładnie. - przytaknął. - Ale przynajmniej wiem, że nie byliśmy dla siebie pisani skoro tak wyszło.
- Przestałeś ją kochać? - zadałam kolejne pytanie.
- Czuję się jak na przesłuchaniu. - zaśmiał się. - Od jakiegoś czasu byłem z nią tylko dla własnej wygody. Nie wydaje mi się, że takie coś można nazwać miłością. Zresztą nawet gdybym coś do niej czuł to już nie warto pakować się do tej samej rzeki i ponownie zatonąć, prawda?
- Wydaje mi się, że tobie udało się nałożyć kapok przed zatonięciem, bo wyglądasz jak singiel od dawien dawna.
- Taka uroda. - palnął. - No co zrobisz? Nic nie zrobisz. - przytaknęłam. - Jedz szybciej, bo potem lecisz pod prysznic i wychodzimy. - popatrzyłam na niego pytająco, a ten w spokoju ugryzł swojego naleśnika, patrząc mi w oczy. - Nie patrz na mnie, jak na sierotę, tylko zbieraj tyłek. - dodał. Nie miałam nic więcej do dyskusji, choć minimalnie próbowałam protestować, lecz z nim nie szło za wygraną. Szybko dokończyłam śniadanie, po czym otrzymałam od Bartka kilka ubrań ( które były podobno jakiejś jego kuzynki, lecz bardziej wydawało mi się, że należą do Kaśki ) i pomaszerowałam pod prysznic.

Gdzieś na mieście | godzina 14.00

-  Zaraz się porzygam! - krzyki Bartka było słychać w promieniu kilku kilometrów i wszyscy znajdujący się w owym wesołym miasteczku mieli z niego niezły ubaw. Zachowywał się gorzej niż dzieci, które lepiej znosiły jazdę na karuzeli łańcuchowej od faceta, który miał ponad dwadzieścia lat! - Zabierzcie mnie stąd, proszę! - pięć sekund bez lamentowania było dla Bartka czymś naprawdę ogromnym. - Jak ktoś znajdzie moje nerki i pozostałe wnętrzności to niech sprzeda potrzebującym! 
- Zamknij się! - na oko trzynastoletnia dziewczynka odwróciła się w stronę Kłuska i skierowała te słowa. Co jak co, ale przynajmniej jego zdezorientowanie odebrało mu głos i do końca wytrwał bez niepotrzebnego przeżywania. 
- Żyję! - jęknął, siadając na ziemię i chowając twarz w dłoniach. 
- Czemu miałbyś nie żyć? - usiadłam obok niego i bez pytania założyłam na siebie jego bluzę, gdyż pogoda nieco się oziębiła. 
- Czuj się jak u siebie. - mruknął. 
- Dzięki. - odparłam z uśmiechem. - Idziemy jeszcze raz?
- Nie! - krzyknął jak poparzony. - Możemy pójść na gokarty, porzucać piłeczką, ale nie na to coś! - wskazał palcem na karuzelę z wystraszoną miną. Skinęłam głową w geście rozumowania jego niechęci do głównej atrakcji całej tej imprezy i zgodnie wybraliśmy się na gokarty. Muszę przyznać, że mimo tego iż był to Bartek, to bardzo dobrze się bawiłam i zapomniałam o wszystkich problemach. Jemu też chyba to dobrze zrobiło po rozstaniu z dziewczyną ( której serdecznie nie polubiłam ), bo jakoś nagle odżył i znormalniał, o ile mogę to tak nazwać..
- No nie wierzę! - czyjś głos dobiegł nas, kiedy siedzieliśmy pod parasolem i popijaliśmy zimną colę. - Bartek i Melka razem! - tuż obok pojawił się wesoły Grześ Miętus i zaczął cieszyć się jeszcze bardziej. Chłopak chwilę później obszedł dokoła mojej osoby, jakby czegoś szukając i zaczął bacznie mi się przypatrywać. - Patrzę, czy nie masz na ciele jakichś śladów po ugryzieniu albo coś. - wytłumaczył, widząc moje zdezorientowanie.
- Spokojnie, potrafimy jeszcze rozmawiać bez skakania sobie do gardeł. - odparł z uśmiechem Bartek.
- A ty tutaj tak sam? - wtrąciłam.
- Z Kociakami, bratem i Biegunem, ale się wszyscy zatrzymali na paniach reklamujących oranżadę.
- Przecież to jakieś nagie prostytutki. - powiedziałam.
- No to masz wyjaśnienie dlaczego każdy facet się do nich ślini. - Grzesiek skinął porozumiewawczo głową i usiadł obok Bartka. - A wy to coś ten tego? - wypalił. Omal nie zakrztusiłam się własną śliną!
- Nie. - odparł chłopak. - Jestem na tyle normalnym facetem, że nie wiąże się z psycholkami. - mruknął.
Oho, wracamy do punktu wyjścia.
- To dobrze, bo już się bałem, że chcecie ze sobą chodzić, a wtedy Biegun... - chłopak w pewnym momencie ugryzł się w język. Szkoda, bo byłam ciekawa co tam miał do powiedzenia, ale widocznie było to coś pilnie strzeżonego. Pięć minut później dołączyła do nas cała banda, która zdziwiła się, że nie skaczę sobie z Bartkiem do gardeł i po prostu siedzimy jak cywilizowani ludzie przy jednym stole. Aż tak się nienawidziliśmy, że każdy teraz brał nas za idiotów, gdy udało nam się dogadać?
- Ktoś chętny na pizzę? - zapytał ochoczo Maciek, który miał wymazane ręce ( zapewne w numerach telefonów pań od oranżady.) Wszyscy zgodnie krzyknęliśmy i po chwili udaliśmy się w stronę małej pizzeri.

Przed pizzerią | godzina 17.00

- Przepraszam na chwilę. - niepewnie zerknęłam na chłopaków, po czym przeniosłam wzrok na dzwoniący telefon i wyszłam zza stołu. - Słucham. - jęknęłam, odbierając telefon z wielką niechęcią. 
- Mamy do pogadania, Melka. - mruknął. - Myślałaś, że ucieczka do Zakopanego coś ci da? 
- Myślałam, że o tym zapomniałeś.. - powiedziałam cicho. 
- Nie zapominam o interesach, jeśli kasa gra główną rolę. Masz czas do piątku. - rzucił od tak. 
- Przecież wiesz, że nie dam rady skołować trzech tysięcy do pojutrza! Piotrek, no proszę cię! 
- Miałaś wystarczająco dużo czasu na zebranie pieniędzy. - powiedział. - Gramy teraz na moich warunkach. Kasa do pojutrza albo Bartek już nigdy nie pojawi się na belce. - zaśmiał się, a po chwili usłyszałam dźwięk przerywanego połączenia. Przeszłość wróciła, a to było jeszcze gorsze od dowiedzenia się o tym, że jestem adoptowana..

Od autorki:
Kolejny rozdział za mną. Jak Wam się podoba?:)

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział czternasty.

Dom rodzinny Klemensa | godzina 20.55

Po rozmowie z Klimkiem byłam całkowicie wytrącona z równowagi i nie wiedziałam jak mam się zachować. Z początku brałam jego słowa na żarty, ale jak się okazało - nie żartował i nie miał najmniejszego zamiaru by to robić. Wściekłość emanowała ode mnie na kilkaset kilometrów i zapewne gdyby nie śpiący za ścianą mały Murańka to już dawno pozbawiłabym ten dom dachu i okien. 
- Możecie mi powiedzieć o co tutaj chodzi do cholery? - zdenerwowana stanęłam przez prawie śpiącym wujkiem i wpatrzoną w ekran telewizora ciotką Janką. Wujek natychmiast poprawił się na fotelu i zerknął na małżonkę, a ta przybrała skruszoną minę. No tak, przecież mina zbitego psiaka cofnie wszystko zło jakie tylko może być. - Pytam jeszcze raz; o co tutaj chodzi! - warknęłam. Często zdarzało mi się wpadać w nerwy, ale w tamtym momencie przeszłam samą siebie. 
- Amelia.. - zaczął niepewnie wujek, lecz uciszyło go dotknięcie ciotki, która najwidoczniej chciała zabrać głos w tej sprawie. 
- No słucham. - powiedziałam wyczekująco. - Dowiaduje się od Klemensa, że jest moim bratem. Sorry, ale takich wiadomości nie dostaje się codziennie, więc chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia.
- Usiądź, porozmawiamy na spokojnie. - powiedziała ciotka. 
- Rodzice spieprzyli do Wrocławia, bo prawda wyszła na jaw? Przestraszyli się, czy po prostu skorzystali z okazji, że już nie będę brać ich za rodziców i problem mają z głowy? - zapytałam, choć wcale nie oczekiwałam na te pytania odpowiedzi. Znałam doskonale moich dotychczasowych rodziców i wiedziałam, że na rękę jest im to, że nie jestem ich córką. - Jak? - popatrzyłam na ich twarze. - No jakim cudem Klemens jest moim bratem? 
- Melka, my chcieliśmy powiedzieć ci prawdę już dawno temu, ale twoi rodzice.. to znaczy Anna i Grzegorz nie chcieli... - ciotka Janka jąkała się jak na prawdziwym przesłuchaniu.
- Chcę prostej i konkretnej odpowiedzi, a nie jakiś pierdół. - opadłam bezwładnie na drugi fotel i wbiłam spojrzenie w rodziców Klemensa.
- Dwadzieścia lat temu Anna miała wypadek.. - odezwał się wujek Krzysiek. - Okazało się, że już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci i to ją załamało.. 
- Jakieś trzy tygodnie po tym zdarzeniu ja dowiedziałam się, że jestem w ciąży. - wtrąciła ciotka. 
- Ze mną? - mój głos nagle się załamał. Skinęła niepewnie głową i spuściła wzrok na splecione dłonie. - Co było dalej? 
- Mieliśmy już sześcioro dzieci i na tamte czasy było trudno je wychować, wykarmić, znaleźć im opiekę, gdy trzeba było ciężko pracować, by zarobić na chleb.. I wtedy Janka wpadła na pomysł oddania cię do adopcji, ale tylko i wyłącznie Annie i Grześkowi. 
- I tak po prostu mnie oddaliście? Beż żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia? - zapytałam, a oni milczeli. - To miała być adopcja, czy pozbycie się mnie z domu, jak starego, niepotrzebnego mebla? 
- Nie mów tak. - rzucił wujek. - Chcieliśmy dla ciebie dobrze. Chcieliśmy żebyś miała wszystko, żeby ci niczego w życiu nie brakowało..
- A pomyśleliście jak będę się czuć za kilka lat, gdy się o wszystkim dowiem? - znów milczeli. - Od dziecka miałam was za najlepszych ludzi na świecie, każdemu mówiłam, że mam super wujków w Zakopanem, a teraz.. Teraz się okazuje, że całe życie tkwiłam w jakiejś cholernej bańce kłamstw, a wy jesteście moimi rodzicami! - wykrzyknęłam. Natychmiast wstałam z fotela i podparłam się dłońmi o blat stolika, a z moich oczu wypłynęły pierwsze łzy. - I wy, i tamci cholerni ludzie z Wrocławia jesteście siebie tyle samo warci. Nienawidzę was wszystkich! - tylko tyle udało mi się jeszcze z siebie wydusić, a potem cały obraz mi się rozmazał. Wybiegłam z domu, po drodze zabierając jedynie cienki sweterek, i gnałam przed siebie. Wiedziałam od zawsze, że moje życie jest popieprzone, ale dopiero w tym momencie doszło do mnie, że to nie ja sama jestem temu winna. To ci wszyscy ludzie wychowywali mnie na kłamstwach i karmili złudzeniami, a prawda była zupełnie inna..

Gdzieś na drodze | godzina 21.45

W radiu leciały niemodne już piosenki, ale była to jedyna stacja jaka łapała fale na drodze prowadzącej przez las. Nienawidziłem tędy przejeżdżać, ale raz na jakiś czas trzeba było robić wyjątki. Szczególnie, gdy rodzice nakłaniali siłą, bym przyjechał choć na chwilę i się im pokazał. Byłem wykończony dzisiejszym treningiem, a do tego doszła mi pouczająca gadka rodziców na temat Kaśki. Jej matka była dobrą koleżanką mojej i nie dziwiło mnie to, że tak szybko dowiedziała się o naszym rozstaniu. Na dodatek zostałem obarczony całą winą za rozpad związku i nazwany każdym najgorszym mianem jakie tylko może być.
- Cholera jasna! głośne przekleństwo wydobyło się z moich ust, gdy ledwie zahamowałem samochód, bo przed moją maską przewinął się jakiś człowiek. - Patrz jak łazisz kretynie! - wykrzyknąłem po wyjściu z auta. - Jak ci życie niemiłe to zabij się na inne sposoby, a nie pod moim samochodem!
Zdziwiło mnie to, że dana osoba tak po prostu oparła się dłońmi o maskę i milczała. Gdybym ja prawie wpadł komuś pod koła to albo zacząłbym przepraszać tę osobę, albo ochrzaniał sam siebie. Była prawie 22, na ulicy cicho, pusto, ciemno, a temu człowiekowi ani się śniło odejść. Powoli zaczynałem się bać, że trafiłem na jakiegoś psychopatę i zaraz mnie zabije, a potem poćwiartuje i wrzuci do Wisły. 
- Przepraszam. - usłyszałem cichy pomruk. Po chwili dana osoba podniosła na mnie spojrzenie, a ja nagle dostałem kijem bejsbolowym w łeb. 
- Melka? - zapytałem, podchodząc bliżej niej. - Co ty odwalasz? - stanąłem przy niej. Odwróciła się do mnie przodem i wtedy zobaczyłem jej mokre od łez policzki i świecące oczy. - Co się stało? Dlaczego ty płaczesz?
- Nie płaczę. - otarła rękawem cienkiego swetra mokre policzki i słabo się uśmiechnęła. - Ja... Mam alergie na trawę. - palnęła. Miałem ochotę się zaśmiać, ale nie mogłem. Nie mogłem tego zrobić, widząc, że coś jest nie tak jak być powinno i to coś przyprawiło ją o łzy.
- A tak naprawdę? - założyłem ręce na klatkę piersiową i szturchnąłem ją łokciem w bok. Gdzieś w głębi głowy słyszałem głosy przypominające mi o poprzedniej imprezie i jej zachowaniu, ale nie było to teraz takie ważne. Oczywiście - było mi przykro z tego powodu, lecz co ja mogłem? Mogłem jedynie siedzieć cicho i nie dawać poznać po sobie, że mnie to ruszyło, bo byłbym skończony. Moja reputacja zimnego drania legła by w gruzach i wyszedłbym na cieniasa - kabanos jak się patrzy!
- Mówiłam ci już; to alergia. - trzymała się tej cholernej alergii, jak tonący patyka. Spojrzałem na nią dość przerażającym spojrzeniem, a ta spuściła głowę w dół. - A możemy porozmawiać o tym w samochodzie? - wskazała kciukiem na auto. - Trochę zimno tutaj na życiowe rozmowy.
Nie czekając na więcej po prostu ściągnąłem z siebie czerwoną bluzę i mimo protestów Melki założyłem ją na jej ramiona, po czym wsiedliśmy do auta.
- No więc słucham. - przyciszyłem radio, które uruchomiło się po przekręceniu kluczyka w stacyjce. - I nie mów mi, że to alergia, bo jak matkę kocham - wyciągnę cię z tego samochodu i wytarzam w trawie, żeby sprawdzić, czy nie ściemniasz. - zaśmiałem się, a on jedynie lekko się uśmiechnęła. 
- Właśnie dowiedziałam się, że mam brata. - powiedziała po chwili.
- Dlatego płaczesz? - zapytałem. - Zawsze myślałem, że w takich momentach ludzie skaczą z radości.
- Skakałbyś z radości, gdybyś dowiedział się, że zostałeś oddany jak niepotrzebny dywan, ale i tak całe życie przebywałeś w otoczeniu swoich prawdziwych rodziców? - popatrzyła na mnie wyczekująco, po czym pokiwała głową. - Właśnie. Ja nie widzę najmniejszego powodu do skakania ze szczęścia.
- Poczekaj.. bo czegoś tutaj nie rozumiem. - przeniosłem wzrok z dziewczyny na drogę i zastukałem kilkakrotnie w kierownicę. - Jak to miałaś z tymi ludźmi do czynienia?
- Normalnie. - mruknęła, bawiąc się moim telefonem. Na początku nie miałem zielonego pojęcia, jak udało jej się go zdobyć, ale po chwili dałem sobie liściem w twarz, gdy przypomniałem sobie, że przecież dałem jej swoją bluzę. - Klemens to mój brat. - dodała cicho.
- Klemens? - nie dowierzałem. - Murańka Klemens? Tak?
- Nie, papież Klemens. - przewróciła oczyma. - Naprawdę jesteś głupi, czy tylko się zgrywasz? - nie zamierzałem komentować tego pytania. - Wracając do tematu.. Mam brata. - wykrzyknęła ironicznie. - Spotkał mnie taki zaszczyt, że zaraz sobie dam w łeb bronią palną. - otwartą dłonią przetarła czoło i wbiła wzrok w drogę. Widziałem, że straciła ochotę na rozmowę i raczej tego tematu też nie chciała drążyć. Postanowiłem, że przestanę niepotrzebnie nadawać i przygłosiłem radio..

Mieszkanie na obrzeżach Zakopanego | godzina 22.30

Poczułam, że odrywam się od miękkiego, samochodowego fotela, a woń męskich perfum uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Otworzyłam oczy i mimo słabej ostrości zdążyłam ogarnąć, że jestem na rękach Bartka i właśnie zmierzamy w stronę bloku. Mi było bardzo wygodnie, jemu - nie mam pojęcia. Jednak nie zamierzałam pokazywać tego, że się przebudziłam, bo moja wygodna taksówka odstawiłaby mnie na ziemię i kazała radzić sobie sama. 
Przeszło pięć minut, kiedy wniósł mnie do swojego mieszkania i od razu skierował się do salonu, by mnie tak zostawić. Położył mnie najdelikatniej umiał, okrył kocem i miał zamiar odejść, gdy ja otworzyłam oczy, a on o mały włos nie padł na zawał. 
- Wystraszyłaś mnie! - jęknął, trzymając się za serce. 
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ożywającego truposza.  - zaśmiałam się, podnosząc do pozycji siedzącej.  - Obudziłam się po wyjęciu z samochodu, ale stwierdziłam, że możesz mi kazać iść samej i wolałam nie ryzykować. - wytknęłam język brunetowi, a ten przysiadł obok mnie. 
- I tak bym cię wniósł. - odparł, wzruszając ramionami. - Jesteś strasznie lekka. - dodał.
- Próbujesz mnie poderwać na lekkość, czy chcesz się pochwalić, że żaden ciężar nie jest ci straszny? 
- Wybieram odpowiedź numer dwa. - zaśmiał się, a ja uderzyłam go za to w ramię. - No chyba miałem być szczery, prawda? 
- No nie no tak. - przytaknęłam. - Masz coś do picia? 
- Na kawę i herbatę nie licz, bo dawno nie robiłem zakupów, ale mam chyba jakiś sok tylko...
- Zamknij się. - przerwałam mu, gdyż zauważyłam niewielką szafkę z przeróżnymi alkoholami. Podeszłam tam więcej i zaczęłam oglądać każdą butelkę, a Bartek dołączył do mnie po chwili. - Masz jutro trening? - zaprzeczył. - Masz PlayStation. - zauważyłam. Przytaknął. - Gdzie masz jakieś szkła? 
- W kuchni. - odparł niepewnie. - W szafce nad zlewem. 
- Okey, to ja pójdę po naczynka, a ty odpalaj jakąś grę. 
Posłałam Bartkowi niewinny uśmieszek i zniknęłam z pola jego widzenia..


Od autorki:
Dużo Bartka. Dużo Melki. Czego chcieć więcej? Aaa, może rozdziału 15, bo tam będzie ich jeszcze więcej! ^^
 PS1. Zapraszam tutaj: http://cienie-samotnosci.blogspot.com/ 
PS2. Czy są tutaj kibice FC Barcelony? (pytanie bardzo ważne, dotyczące moich planów na nieodległą przyszłość) :D


                  Miło jest powspominać <3 


piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział trzynasty.

Wielka Krokiew | godzina 12.00

Po deszczowym dniu nie było ani najmniejszego śladu, więc dzisiejszego dnia chłopaków czekał trening. Kruczek nie odpuszczał im, gdyż zbliżały się zawody LGP i twierdził, że trzeba pokazać klasę oraz przestraszyć formą przeciwników. Szkoda, że jedynie on wbił sobie to dosadnie do głowy, a każdemu innemu było obojętne co robić. No bo co tu począć, jak jednego dnia na termometrze jest ledwie piętnaście stopni, a kolejnego ponad trzydzieści w cieniu. Biednym chłopakom parują się tyłki w tych obcisłych kombinezonach! Jeszcze trochę, a będą mieli większe odparzenia niż niemowlaki od pampersów.
- Ja wiem, że wam gorąco. Ja to wszystko rozumiem.. - westchnął pan Łukasz, siadając na stołku w klimatyzowanym pomieszczeniu. Pot lał się z niego strumieniami, ale co tam - przecież nie można pokazywać swoich słabości, gdy chce się kogoś czegoś nauczyć, prawda? - Ale nic na to nie poradzę, że robota jest taka, a nie inna. - machnął dłonią, po czym otarł czoło w skrawek koszulki i zerknął na Łukasza Gębalę, który wyglądał jakby miał zaraz wyzionąć ducha. - Nie powinieneś czasem masować Kamila? - uniósł brwi w geście zdziwienia. 
- Powinienem. - odparł. - Ale nie mogę masować ludzi, kiedy się do nich przyklejam jak ośmiornica. 
- O Boże.. - westchnął po raz kolejny Kruczek. - Zabierzcie mnie do domu. 
- Może zróbcie sobie po prostu przerwę? - zabrałam głos, kiedy cisza zaczęła wyjadać mi wszystkie najmniejsze narządy w uszach. - Nie da się skakać w południe, bo wtedy jest największe słońce. Nie uczyli was tego na szkoleniach? - Kruczek przytaknął, a jego asystent zaczął pogwizdywać sobie pod nosem. - No ludzie, naprawdę? - przewróciłam oczyma.
- Nie możemy zrobić przerwy, bo na potem mamy zaplanowane zajęcia. - powiedział trener. 
- Woli pan ugotować im tyłki albo coś innego w kombinezonach? - po pomieszczeniu rozniósł się śmiech skoczków. - Piotrek jak Piotrek, ale Kubacki chciałby mieć jeszcze dzieci. 
- Amelia na prezydenta! - krzyknął wspomniany blondas, ale uciszył go srogi wzrok Kruczka. - Sorki. - zrobił minę potulnego baranka i nie odzywał się już ani słowem. 
- Chyba lepiej masować im plecy niż wsmarowywać kremik na odparzenia w tyłek. - skwitował Gębala. Był chyba jedynym facetem ze sztabu szkoleniowego, który trzymał moją stronę. 
- Kiedy my musimy sprawdzić ich skoki przez płotki, pozycje najazdową... - Klimowski zaczął wymieniać wszelkie możliwe zajęcia jakie tylko mogły być. 
- Z tego co wiem to są to zajęcia, które można by było wykonać na sali. - przytaknęli mi. - Co za baran odwołał wczoraj trening, gdy można było to zrobić! 
- Hamuj się panienko. - ostrzegł pan Zbigniew. Przeprosiłam go, żeby nie było między nami jakichś zgrzytów i zajęłam miejsce pomiędzy umierającym Kamilem Stochem, a wachlującym się Jankiem i spojrzałam znacząco na panów trenerów. 
- Macie dwie godziny czasu wolnego na odpoczynek. - powiedział Kruczek, po czym zgarnął teczkę z papierkami, jakieś inne szpargały i udał się na pogawędkę z panem Zbyszkiem. 
- Nie musicie dziękować. - powiedziałam do chłopaków z wymuszonym uśmiechem, gdyż sądziłam, że sami się domyślą, że za pomoc się dziękuje. 
- Dziękujemy! - krzyknęli chórem i wyszczerzyli się jak stąd do Maroka.

- 4,50 - powiedziała miła, starsza kasjerka. Zapłaciłam za loda i butelkę wody, po czym wyszłam ze sklepu i zajęłam się rozpakowywaniem loda. Spotkałam się też z pytającym wzrokiem jakiegoś przejeżdżającego rowerem pana, kiedy patrzył na butelkę wody ulokowaną między moimi nogami. Nie byłam feministką, co to to nie! Usiadłam na schodku i miałam zamiar zacząć delektowanie się lodem, kiedy na horyzoncie ujrzałam Bartka. Byłam przygotowana na jakiekolwiek docinki i przyznam szczerze, że byłam w cholernym szoku, kiedy przeszedł obok mnie obojętnie i nawet powietrze wstrzymał. A przecież myłam się poprzedniego dnia..
- Cholera! - mruknęłam, widząc, jak lód skapuje mi na spodenki i nogę, a przy okazji leci też po ręce. Niewiele myśląc wrzuciłam go do otwartego kubła na śmieci i weszłam ponownie do sklepu po chusteczki higieniczne. Stanęłam za Bartkiem, który był właśnie obsługiwany i czekałam aż wreszcie zapłaci i sobie stąd pójdzie. 
- Pięć złotych. - głos kasjerki wyrwał mnie zamyślenia. Zwróciłam uwagę na Kłuska, który szukał pieniędzy w kieszeniach i uśmiechnęłam się pod nosem. Jak mi było wtedy przykro to nawet sobie nie wyobrażacie! 
- Zapisze mi pani? Zapłacę po południu. - zapytał z miną niewinnego chłopca. 
- Nie zapisuję, przepraszam pana. - odparła. Zrezygnowany chłopak odszedł od kasy i wyszedł, a swoje "zakupy" zostawił na ladzie. 
- Chusteczki higieniczne poproszę. - powiedziałam. - I to niech pani też doliczy. - przysunęłam bartkowy napój energetyzujący i loda. Ze sklepu wyszłam chwilę później, nawet Kłusek nie zdążył daleko odejść, bo śmiało zdążyłam go dogonić i zajść mu drogę, bo księżniczka nie chciała zwrócić na mnie swojej królewskiej uwagi. - Zatrzymajże się, bo nie dam rady cię już gonić. - wysapałam. 
- Nikt ci nie każe. - prychnął i chciał mnie wyminąć. Patrząc na niego z ukosa przypominałam sobie dlaczego jest dla mnie jeszcze bardziej nie miły niż był. Przedwczorajsza impreza, wydarzenia na niej. - Wiem, że nie chcesz ze mną gadać, ale chciałam dać ci tylko to. - wyciągnęłam zza pleców rzeczy, które chciał zakupić i delikatnie się uśmiechnęłam. 
- Kupiłaś to? - zdziwił się. 
- Żyjemy w dziwnych relacjach, ale nie pozwolę ci zdychać w taki upał bez picia, czy nawet loda. - odparłam. Przez chwilę patrzył na mnie jak na brzydkiego chochlika, który wyskoczył mu nago z tortu, a potem się uśmiechnął. 
- Dzięki. - pokiwał głową i odebrał ode mnie swoje rzeczy. - Oddam ci pieniądze po treningu, okey? 
- Nie ma problemu. - machnęłam ręką i miałam na myśli oddalenie się od chłopaka, kiedy ten zapytał:
- Może usiądziemy? - wskazał na ławkę stojącą między świerkami. Niepewnie skinęłam głową i ruszyłam w stronę siedzenia. Czułam się normalnie w jego towarzystwie, ale denerwowałam się tym, że zaraz zapyta o tamten wieczór, że padnie pytanie "naprawdę jestem dla ciebie nikim?". Dlatego byłam wdzięczna, gdy po kilku nijakich zdaniach, na horyzoncie pojawił się Krzysiek Leja i trochę starszy od niego Maciek Kot. 
- A tu co za randkowanie? - młodszy wepchnął się pomiędzy mnie a Bartka. 
- No chyba nie. - mruknął Kłusek.
- Przyszliśmy cię szukać, bo zaraz trening. - Maciek skierował swoje słowa do Bartka. Ten zaś spojrzał na niego spod byka i zgniótł pustą puszkę po napoju i rzucił za siebie. 
- Jaka świnia! - wrzasnął Krzysiek. - Wiesz, że biedne dżdżownice mogą przez ciebie zginąć? Wiesz ile ta zwykła dla ciebie puszka może im wyrządzić krzywdy?
- Co z tobą jest nie tak? - zapytałam. 
- Krzychu nie może sobie znaleźć dziewczyny, więc postanowił zostać ekologiem. - skwitował Bartek i klepnął blondyna po plecach. We dwóch, zawzięcie o czymś rozmawiając, udali się przede mnie i Maćka i kierowali się w stronę skoczni, a ja w towarzystwie Kota ciągnęłam się na szarym końcu i rozmawiałam z nim o wszystkim i niczym.

Dom rodzinny Klemensa | godzina 20.10

Wieczór w domu był nadzwyczaj spokojny. Rodzice wyjechali dzisiaj rano, co dało mi w końcu święty spokój, a wujostwo zakopało topór wojenny ( zapewne na kilka porządnych minut ). Jedynie Klemens powodował spięcia na linii i przez  niego miałam zamiar wcześniej udać się do swojego pokoju. Nadal był na mnie wkurzony. 
Siedziałam na fotelu z nogami założonymi na stoliku i przeglądałam typowe plotkarskie strony. Zawsze się tym zajmowałam, kiedy naprawdę nie miałam co robić i nudziło mi się do potęgi entej. Już miałam zamykać laptopa z myślą pójścia pod prysznic, kiedy drzwi uderzyły z hukiem o ścianę, a w nich stanął Klemens. Gdyby można było dodać efekt piorunów to idealnie nadawałyby się do jego "wejścia smoka".
- Cóż za zaszczyt mnie spotkał. - mruknęłam najciszej jak tylko się dało i usiadłam na fotelu tak jak Bóg przykazał. - Jaki jest powód twojej wizyty? - popatrzyłam na milczącego Klimka, który zdążył zadomowić się na moim tymczasowym łóżku. - Przyszedłeś sobie posiedzieć? Okey, to ja idę pod prysznic. - wstałam z miejsca, by wziąć czyste rzeczy i udać się do łazienki.
- Przyszedłem pogadać. - powiedział. Usiadłam ponownie na swoim miejscu i patrzyłam na niego wyczekująco. - No nie może tak być, że jesteśmy rodzeństwem i nie rozmawiamy ze sobą przez jakieś byle pierdoły. - przytaknęłam mu. - Gadałem z Agnieszką.. Nawet ona mnie ochrzaniła i w dodatku zaczęła mówić, że cieszy się, że w końcu ktoś wjechał mi na ambicję, bo może w reszcie się trochę ogarnę i przestanę być upierdliwym piernikiem.. - zaśmiałam się z określenia jakie sobie przypisał. - W każdym bądź razie byłem na ciebie cholernie zły, ale... no jesteśmy różni, Melka, nasze życie wygląda inaczej i nikt nie każe nam się dogadywać w każdej sprawie..
- Dopiero to zauważyłeś? - wtrąciłam mu się w zdanie. 
- Nie przerywaj mi. - spojrzał na mnie znacząco, więc zamilkłam. - Zawsze byliśmy inni. - westchnął. - Nawet teraz jesteśmy inni. Ty żyjesz z tym od dziecka, a ja od wczorajszego wieczoru..
- Czekaj, ale o czym ty mówisz? - zaśmiałam się. 
- Jak to o czym? - uniósł brwi ku górze. - Ty o niczym nie wiesz? Nikt ci nie powiedział, czy po prostu wyleciało ci to z głowy?
- Naprawdę o niczym nie wiem.
Klemens spuścił głowę w dół i głośno wypuścił powietrze, po czym podrapał się po karku. Zaczynałam obawiać się tego, co miałabym wiedzieć, a nie wiem i już byłam pewna tego, że nie będzie to nic miłego. 
- Jesteśmy rodzeństwem, Melka. - powiedział poważnym tonem. - Nie ciotecznym, ale rodzonym.. 

Od autorki:
Obiecałam, że będzie szybciej, więc jest! Podoba mi się, ale ocenę zostawiam Wam :)
Miłego ( mega słonecznego ) dnia Wam życzę ;*



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział dwunasty.

Dom rodzinny Klemensa | godzina 12.55

Pogoda na zewnątrz była dość paskudna i aż nie chciało się wychodzić na zewnątrz, dlatego współczułam biednym sąsiadom, którzy nakrywając się gazetą, uciekali do swoich aut i pośpiesznie zamykali za sobą drzwi. Nawet kot pani Kwiatkowskiej, sąsiadki z domu obok, nie siedział na wujowym samochodzie, bo pewnie bał się, że jego powabne futerko oklapnie i nie będzie tym samym puszystym ( albo po prostu grubym ) kociakiem. Owa pogoda oddawała także mój dzisiejszy nastrój. Nie wiem, czy spowodowany był tym, że z samego rana w domu działy się przeróżne rzeczy to mnie wytrąciło z równowagi, czy w ten oto sposób pokutowałam za wczorajsze wydarzenia. Może Bartek rzucił na mnie klątwę za te wszystkie słowa i do końca życia przyjdzie mi się męczyć. Ten chłopak miał wiele tajemnic, więc magiczne moce w jego dłoniach nie zdziwiłyby mnie jakoś szczególnie.
- Melka! - wzdrygnęłam się i odwróciłam w stronę uśmiechniętej Agnieszki. Chyba jako jedyna w tym domu miała dziś dobry humor i nawet ciągle płaczące junior jej nie wyprowadzał z równowagi. - Pytałam, czy pijesz kawę, bo ta woda gotuje się od pięciu minut. - zaśmiała się i wyjęła z szafki dwa kubki tuż po tym, jak skinęłam głową. - Kac morderca? - zagadnęła, nasypując do kubków kawy.
- Nie, nie. - odparłam. - Jakiś dzień taki... dołujący.
- Zgadzam się w stu procentach. - zalała cieczą nasypany wcześniej proszek i przesunęła jeden kubek w moją stronę. - Wszyscy dziś chodzą jak tykające bomby.
- Jak nie gorzej. - odparłam, wpatrując się w ginącą piankę na wierzchu kubka. - Agnieszka? - popatrzyła na mnie pytająco. - Klemens nadal jest na mnie zły o to co mu wtedy powiedziałam?
- Nie wiem o czym mówisz. - widziałam po jej błądzącym spojrzeniu, że kłamała. Dziwiło mnie jedynie, że skoro wyśpiewał jej wszystko od A do Z, że będzie ze mną rozmawiać na luzie, bez żadnych spięć i niepotrzebnych docinek. - Dobra, co nieco mi powiedział. - westchnęła po chwili. - I jeśli myślisz, że mam zamiar cię ochrzaniać za to, co mówiłaś, to źle myślisz. - uśmiechnęła się łagodnie.
- To znaczy... no wiesz... - zająknęłam się.
- Klemens potrafi być nadopiekuńczy i wścibski. - mimowolnie przytaknęłam. - Ty też potrafisz palnąć jakąś głupotę. - tutaj również musiałam się zgodzić. - Ale w tej walce wygrałaś ty pomimo tego co powiedziałaś, bo Klemens chciał na siłę cię sprowadzać na dobre tory, a to twoje życie i sama wiesz co będzie dla ciebie dobre. I wiesz co, Melka? Cieszy mnie, że w końcu ktoś dotarł do Klimka i wywołał u niego jakieś wyrzuty sumienia. - dodała.
- Klemens ma wyrzuty sumienia? - uniosłam brwi w geście zdziwienia. Wow, to była nowość. Przez chwilę myślałam, czy aby nie pójść z tym do telewizji i ogłosić to na całym świecie.
- Pogadaj z nim. - dziewczyna zabrała swoją kawę i mleko, które robiła w międzyczasie. - Mogę go zaraz przysłać na dół, jeśli chcesz. - wróciła się na moment, by mi to powiedzieć i czekała chwilę na moją reakcję, ale odmówiłam jej po chwili. Najpierw chciałam ułożyć sobie myśli dotyczące Kłuska, Kaśki i Krzyśka, od którego dostałam właśnie wiadomość: Jeśli nie zmieniłaś zdania to przyjdę po ciebie około 15. ;) Uśmiechnęłam się do ekranu, szybko wystukałam krótką wiadomość i usiadłam przy stole, po czym położyłam głowę na rękach i w spokoju mogłam przemyśleć kilka spraw.

Randka | godzina 17.40

Kocyk rozłożony nad płynącą rzeczką, obok kosz piknikowy, całkowicie odludne miejsce, śpiew ptaków i wesoło rozmawiający Krzysiek. Usta nie zamykały mu się od początku naszego spotkania, ale ja nie miałam nic przeciwko temu, by rozmawiał za nas dwoje. Opowiadał mi o wszystkim, począwszy od okresu dojrzałości, a skończywszy na czasie teraźniejszym. Może było to niezbyt grzeczne, ale kilkakrotnie odpływałam w nieznane krainy i myślami błądziłam przy pewnej osobie, lecz nie potrafiłam powiedzieć sobie magicznego słowa dość. 
-... więc Maciusiak zaczął nam tłumaczyć, że nie można paradować pół nago po hotelu i wtedy do pokoju wpadł Stefan z ręcznikiem na biodrach, bo mu się szampon skończył. - dokończył opowieść i wpił się w truskawkę, a ja cicho się zaśmiałam. Szczerze powiedziawszy nie przypominałam sama siebie. Zazwyczaj śmiałam się ze wszystkiego, miałam na wszystko odpowiedź, a dziś.. Dziś miałam dzień typowej, jednodniowej depresji ducha. Kostka rosołowa odczuwała więcej tego dnia niż ja - zwykła, pospolita dziewczyna, która nie ogarnia samej siebie i otoczenia. - Mela, co jest? - zapytał Krzysiek i ujął w swoją dłoń moją. 
- Nic. - beznamiętnie wzruszyłam ramionami, ale to nie zadowoliło mojego rozmówcy. Pocmokał jedynie i pokręcił głową. - Naprawdę, Krzysiek, nic się nie dzieje. - wysiliłam się na słaby, lecz szczery uśmiech. 
- Chodzi o Klemensa? - zapytał. - Jesteś smutna z powodu waszej kłótni? - cały Krzysiek, jak zawsze szukał powodu i nie mógł spocząć dopóki tego nie zrobił. - Wiesz, że możesz mi powiedzieć... - powiedział cicho. 
- Wiem. - wychrypiałam. - I zgłoszę się do ciebie jak naprawdę będę miała problem, okey? - popatrzyłam na niego kątem oka, uśmiechnął się. Lubiłam kiedy na jego twarzy pojawiał się uśmiech. Lubiłam całą jego osobę za charakter, urodę i styl bycia. Był wesołą osóbką każdego dnia i tylko od czasu do czasu miewał akty desperacji i kryzysu. Od zawsze dziwiło mnie dlaczego ktoś taki jak on ma zawsze problem ze znalezieniem swojej drugiej połówki. Przecież nie od dziś wiadomo, że takiego chłopaka tylko ze świecą szukać. - Opowiesz mi coś jeszcze? - zapytałam ochoczo, a chłopak zabrał się za opowiadanie kolejnej historii z zawodów Pucharu Kontynentalnego tylko tym razem głównym bohaterem był Bartek Kłusek. I jak tu człowiek biedny ma zapomnieć, jak na każdej drodze spotyka coś, co chce ominąć szerokim łukiem. Postanowiłam jednak, że dzisiejszy dzień zarezerwowany jest dla Bieguna i to o nim powinnam myśleć. Dlatego po jakimś czasie nareszcie wyluzowałam i zaczęłam normalnie rozmawiać z Krzyśkiem o świecie. Przecież nie można myśleć o jednej osobie, której się nie lubi, bo grozi to zamknięciem w świecie psychopatów. 
- Dlaczego taka dziewczyna jak ty jest sama? - zapytał brunet. Nieco zdziwiło mnie jego pytanie, gdyż zazwyczaj nie obchodziło to nikogo z mojego otoczenia. Wlepiał we mnie swoje przenikliwe spojrzenie, przez które nie czułam się zbyt komfortowo. Działał na mnie jak pieprzony magnes - przyciągał, kiedy chciał i odpychał, kiedy chciał. 
- Widocznie coś musi być ze mną nie tak. - odparłam. 
- Jesteś ładna, pyskata, wredna, ale potrafisz być miła, dobra i pomagasz ludziom. - poruszał brwiami. 
- A kiedy ja ostatnio ludziom pomagałam? - zaśmiałam się. 
- Teraz pomagasz mi. - powiedział. - Umówiłaś się ze mną na randkę, a to jest pomoc, bo wczoraj prawie się rozbeczałem nad własnym losem. - chłopak zakręcił plastikową butelką po pepsi, a potem spojrzał w płynącą wodę. - Czasami fajnie jest pobyć samemu, wyszaleć się, ale potem przychodzi taki czas, że chcesz mieć kogoś obok, do kogo mógłbyś się przytulić i pożalić, a potem spędzać miłe wieczory..
- Więc dlaczego nie szukasz swojej drugiej połówki? - weszłam mu w słowo.
- Wydaje mi się, że znalazłem, ale... To skomplikowane. - przyznał cicho. 
- Życie jest skomplikowane, miłość jest skomplikowana, ale to, że kogoś poznałeś i być może widzisz w tej osobie swoją drugą połowę, wcale skomplikowane nie jest. - powiedziałam.
- Widzisz.. To jest taka trochę sytuacja bez wyjścia. - podrapał się po karku. - Ta dziewczyna spodobała się nie tylko mi, ale i mojemu dobremu koledze... Podoba mi się, ale zawsze gdy jest blisko, widzę, że nie mam u niej szans, bo ona woli kogoś innego, kogoś kto nie jest mną, kogoś kto wygląda zupełnie inaczej niż ja, po prostu...
- Że woli tego kolegę? - wkroczyłam do akcji, gdy jego zdanie przestało składać się w całość. Skinął głową. - Może daj jej jakiś znak, że ci się podoba. - uśmiechnęłam się do Krzyśka. - Może ona również zauroczyła się tobą, a ty odbierasz sygnały, że woli tego drugiego. 
- Co miałbym zrobić? Stanąć na skrzyżowaniu i pokazywać jej plakietki z wyznaniami miłości? - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. 
- Jeśli w ten sposób chcesz ją zdobyć.. - podniosłam dłonie w geście poddania się. - Miałam na myśli jakieś rozmowy, zaproszenia na kawę, do kina, czy coś w ten deseń. 
- Myślisz, że to coś zdziała? - zapytał z nadzieją w oczach. 
- Tak mi się wydaje. - odpowiedziałam. - Krzysiu, kto nie ryzykuje...
- .... ten nie pije szampana, wiem. - przytaknął. - Kiedy wracasz do domu? - wzruszyłam ramionami. Był kolejną osobą, która o to pytała, a ja wciąż nie znałam odpowiedzi. Bo nie chciałam tam wracać, nie miałam do kogo, ale zostać tutaj też nie miałabym po co, bo z kim i dla kogo? Dla własnej wygody, czy dla wygody moich rodziców, którzy odetchnęli by z ulgą, że ich dziewiętnastoletni problem w końcu wyniósł się z domu i to dobry kawałek stąd. Z krótkiego zamysłu wyrwało mnie lekkie szarpnięcie, które spowodowało, że wylądowałam w ramionach Krzyśka, oparta o jego klatkę piersiową. - Zostań tutaj. - szepnął, patrząc mi w oczy. Miałam wrażenie, że zbliżał się do mnie z chwili na chwilę. Czułam jego oddech na policzku i gdy był już tak bardzo blisko, że nasze nosy się stykały, odsunęłam się i wstałam, następnie idąc w stronę brzegu rzeczki. 
- Przepraszam. - po chwili pojawił się obok mnie Biegun ze skruszoną miną. - Nie powinienem był...
- Przecież do niczego nie doszło. - starałam się brzmieć wesoło, ale raczej mi to nie wychodziło. Nastała dziwna cisza, którą przerywał krzyśkowy katar. - Lubię tę piosenkę. - powiedziałam w chwili, gdy z telefonu chłopaka wydobyły się znajome mi rytmy.
- Zatańczymy? - poruszał zabawnie brwiami. 
- A w życiu! - strzeliłam go w ramię. - Kto ostatni się rozbierze i wskoczy ten gapa! - krzyknęłam, po czym wyrzuciłam z kieszeni telefon i inne małe duperele, i zabrałam się za zdejmowanie trampek. Biegunowi zajęło trochę ogarnięcie sytuacji, więc kiedy ja byłam już gotowa do wskoczenia w zimą wodą, ten był na etapie zdejmowania spodni, pod którymi ukrywał bokserki ze Scooby Doo. 
- Widzę, że ktoś nadal nam nie wyrósł z kreskówek. - zaśmiałam się, lecz w mgnieniu oka moje zadowolenie zmieniło się w strach, gdyż Krzysiek biegł w moją stronę i widziałam chęć mordu w jego oczach. Od dziecka nienawidził, gdy ktoś śmiał się z jego garderoby, ale cóż - nie trzeba ubierać tego, co zrobi z nas pośmiewisko. 
- Zobaczymy, czy będziesz tak fikać, jak znajdziesz się w tej wodzie, Murańka! - krzyknął. 
- Po nazwisku to po pysku, Biegun! - dodałam i wdałam się w ucieczkę przed skoczkiem.


Od autorki:
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam za tak długie zwlekanie z dodaniem nowego rozdziału, ale nauka złożyła się w kupę z brakiem jakiejkolwiek weny i nie miałam na nic siły. 
Za siły do napisania tego wyżej dziękuję najlepszej, najpiękniejszej piosence Ellie Goulding "Love me like you do."  Ona najbardziej pomogła mi w napisaniu randki Krzysia i Amelki :)
Mam nadzieję, że rozdział się podoba!
Kolejny będzie o wiele, wiele szybciej. Obiecuję! Xxx
Buźka ;*